„Partyjniactwo” to określenie używane zwykle w sensie negatywnym – opisuje sytuację, gdy interesy partyjne (utrzymanie władzy, lojalność wobec lidera, budowanie układów i „stołków”) stają się ważniejsze niż interes obywateli czy państwa.
Typowe cechy partyjniactwa:
obsadzanie stanowisk „po linii partyjnej”, zamiast według kompetencji,
głosowanie wbrew własnemu sumieniu czy interesowi społecznemu – tylko dlatego, że tak nakazuje dyscyplina partyjna,
traktowanie państwa jak „łupu wyborczego”, którym zarządza się dla dobra własnej formacji,
stawianie „wygranej partii” ponad dobrem wspólnym, konstytucją czy prawem.
W debacie publicznej w Polsce (i nie tylko) słowo to jest często używane jako zarzut, że partie bardziej walczą ze sobą niż zajmują się problemami ludzi.
Partyjniactwo po polsku
W Polsce partia to nie tylko partia. To drużyna piłkarska, klub kibica, firma rodzinna i związek wyznaniowy w jednym.
Kibicuje się jej nie dlatego, że dobrze gra, ale dlatego, że „to nasza”.
Nieważne, że czasem strzelają gole do własnej bramki – ważne, żeby „tamci” przegrali.
Partyjniactwo zaczyna się od góry: stanowiska w spółkach i urzędach obsadza się jak miejsca przy stole wigilijnym – „kuzyn na pocztę, szwagier do elektrowni, a zięć… zięć to się nada na dyrektora”.
Potem schodzi niżej: radny powiatowy woli zagłosować tak, jak powie przewodniczący klubu, niż tak, jak prosi go sąsiad spod płota.
A wyborca? Często zachowuje się jak kibic na trybunach: „nasi” – najlepsi, „tamci” – złodzieje.
I tak oto polityka przypomina wieczny mecz Legii z Wisłą, w którym nikt nie patrzy na wynik, bo najważniejsze, żeby wróg dostał po kostkach.
Bajka o dwóch plemionach
Dawno, dawno temu, w Krainie Międzyrzecza żyły dwa wielkie plemiona: Niebiescy i Czerwoni.
Od pokoleń walczyli o tron w stolicy.
Kiedy Niebiescy zdobywali tron, od razu obsadzali wszystkie urzędy swoimi:
– „Ty będziesz zarządcą lasu, bo lubisz grzyby. A ty – szefem skarbca, bo umiesz liczyć do dziesięciu. Reszta – na państwowe posady!”
Czerwoni czekali cierpliwie, aż Niebiescy się potkną.
A gdy przejmowali władzę, robili dokładnie to samo:
– „Precz z Niebieskimi! Teraz nasi dostają stołki. Nie dlatego, że się znają – tylko dlatego, że są nasi.”
Lud Krainy Międzyrzecza patrzył na to i kręcił głową:
– „Może wreszcie ktoś pomyśli o naprawie mostów, szkołach dla dzieci i chlebie na stole?”
Ale plemiona miały ważniejsze sprawy: wojnę o tron.
Kłóciły się dniem i nocą, aż nikt nie zauważył, że most się zawalił, szkoły się sypią, a w spichlerzu zostało tylko trochę suchej kaszy.
I tak plemiona walczyły dalej – szczęśliwe, że „tamci” nie siedzą na tronie.
A lud? Cóż, lud coraz częściej powtarzał:
– „Może tron nie jest dla plemion, tylko dla nas wszystkich…”






















